Rewolucja Kontaktu

wtorek, 4 Grudzień 2007 at 21:51 (Refleksje)

Naprawdę nie mogę z Jeremym Weilandem – cokolwiek nie powie, czuję się, jakbym sam chciał to już powiedzieć, ale nie mogłem znaleźć słów, by to powiedzieć.

Dla tych, co yngliszują, przeczytajcie to koniecznie. Dla tych, co nie yngliszują, w skrócie wygląda to tak:
Konsumerystyczny kapitalizm stworzył de facto „nowego kapitalistycznego człowieka” – istotę odizolowaną od samej siebie i od swojego otoczenia, rozumianego zarówno jako bezpośrednia społeczność, jak i środowisko naturalne. W ten sposób państwo naturalnie żywi się na kapitalistycznym atomizmie służąc jako mediator pomiędzy stronami i zastąpiając prawdziwe związki międzyludzkie iluzją związków (stąd gadanina o „społeczności” albo o „społeczeństwie obywatelskim”). Swoją drogą, to zdaje się cholernie ważne, bo wiemy, po co kapitalizm potrzebuje państwa, ale to jest przynajmniej częściowa odpowiedź na to, dlaczego państwo potrzebuje kapitalizmu (organicznie rzecz ujmując).

Dlatego jeśli państwo sobie upadnie z dnia na dzień, ludzie będą chcieli zastąpić je czymś innym, opierającym się na takich samych założeniach – hierarchia i autorytet – bo są przywyczajeni do myślenia w tych kategoriach. A więc zanim przystąpimy do dekonstruowania państwa musimy najpierw zmienić swój stosunek do swojego środowiska i postarać się, by inni ludzie również go zmienili. Nie na zasadzie „ja Ci mówię, że tak” tylko zachęcać do tego, żeby ludzie sami odkrywali możliwości kryjące się w dbaniu o swoje lokalne, bezpośrednie środowisko i społeczność.

Najpierw musi się dokonać rewolucja w kontaktach międzyludzkich, które zostały sprowadzone przez kapitalizm do czystej celowości – przydatne/nieprzydatne. Lokalne środowisko zostało wykastrowane i jest niefunkcjonalne jako miernik potrzeb jego mieszkańców – stąd powszechna potrzeba państwa jako gwaranta bezpieczeństwa i dostarczyciela zasad.

To brzmi bardzo, hm, hippisowsko? Ale ja w gdzieś w głębi czuję, że to prawda i wierzę, że wiele innych osób czuje tak samo.

EDIT: chyba znalazłem sobie temat na nowy Karnawał na Liberalisie ;)

Reklamy

Bezpośredni odnośnik 4 Komentarze

Wojna symboli

wtorek, 4 Grudzień 2007 at 11:57 (Propaganda)

W dzisiejszym świecie publicznego dyskursu, można powiedzieć, liczą się jedynie 3 rodzaje ideologii: neokonserwatyzm, neoliberalizm i socjaldemokracja (neosocjalizm, żeby było symetrycznie) – oraz ewentualnie wariacje na ten temat – np. chadecja, połączenie neoliberalizmu z neokonserwatyzmem. Każda z tych ideologii odwołuje się do odmiennych wartości: neokonserwatyzm do bezpieczeństwa, porządku, patriotyzmu; neoliberalizm do wolności osobistej i gospodarczej, neosocjalizm do równości i wspólnoty. Te trzy ideologie, choć różnią się ogromnie w statutach, hasłach i założeniach, są jednak praktycznie identyczne w praktyce.

Takie przedstawienie sprawy to, zdaję sobie z tego sprawę, duże uogólnienie. Wszak akurat w Polsce się zgadza, mamy odpowiednio PiS, PO i LiD jako oficjalnie namaszczone, ale gdzie indziej może to wyglądać nieco inaczej. Np. w USA albo we Włoszech neoliberałowie są podzieleni między dwoma dominującymi obozami. We Francji albo Szwecji każda partia jest po trochu neosocjalistyczna. Ale podstawowa struktura pozostaje bardzo podobna. Sfera dopuszczalnego dyskursu jest tak ograniczona, jak to tylko możliwe. Gdy przychodzi taki np. Ron Paul i mówi o rzeczach, które jeszcze paręnaście lat temu były oczywiste, wrzuca się go do wora z neonazistami albo nazywa wariatem.

Czy to przypadek, że mimo pozornej walki, zaciekłości, partyjniactwa, te trzy główne nurty autorytarnego korporacjonizmu różnią się w szczegółach jedynie? To nie ma znaczenia. To, co ma znaczenie to to, że taki układ istnieje i niezależnie, czy to zamierzone, czy nie, skutecznie ogranicza sferę publicznej dyskusji. Można być „bezpiecznym” neoliberałem, ale libertarianinem – nigdy! Socjaldemokrata – proszę bardzo, ale socjalizm to, Panie, utopia przecie jest no. Neocon – jasne, ale tylko spróbuj uczyć swoje dzieci w domu, a federalni wnet zapukają do twych drzwi.

Niezależnie od wyznawanych wartości, niezależnie od symboli bliskich sercu, dla każdego jest inny smak, zapach i dotyk korporacjonizmu. W ten sposób efektywnie neutralizuje się jakiekolwiek radykalne ideologie – nie poprzez bezpośrednią walkę. Przez asymilację. Najłatwiejszym sposobem zaś asymilacji jest wywołanie sztucznego konfliktu – wojny symboli – a następnie zastąpienie nią wojnę idei. Nie ścierają się pomysły na przyszłość, ścierają się wartości uosabiane w hasłach, osobach, skojarzeniach. W ten sposób można stworzyć sztuczny konflikt, sztuczną dyskusję o niczym i zmarginalizować wszelkich dysydentów, niezależnie jak licznych, jako wariatów, ideologów.

Sam widzę to w swoim życiu codziennym. Studiuję na SGH i jestem otoczony ludźmi, którzy są „zadeklarowanymi liberałami,” co uważają, że Państwo „nic nie może” i że w ogóle trzeba wszystko prywatyzować. Jak ich jednak przycisnąć do muru, to status quo im wcale nie przeszkadza, Milton Friedman jest dla nich ekstremistą, a o libertarianizmie a tym bardziej o anarchizmie rynkowym nigdy nic nie słyszeli.

W wojnie symboli poświęceniu na ołtarzu mainstreamu uległy nie tylko różne postaci i wartości ale także słowa. Socjalizm i kapitalizm są oczywiste. Socjalizm jest teraz rozumiany jako „wtrącalnictwo się państwa we wszystko,” co dość niewiele ma wspólnego z oryginalnym ruchem socjalistycznym. Kapitalizm jest definiowany jako „wolny rynek” co również ma się nijak do oryginalnej definicji i użytku. Rezultat jest taki, że mamy do wyboru albo względną wolność i równość połączoną z władzą państwa, albo „wolny rynek” połączony z władzą korporacji. Trzeciego wyjścia nie ma.

Przykład socjalizmu i kapitalizmu jest jednak jedynie najbardziej powierzchownym. Co np. z „prywatyzacją?” Prywatyzacja oznacza dziś de facto odsprzedawanie za bezcen korporacjom majątku, na który się złożyli podatnicy. „Legalizacja” – pozwalamy, ale mamy na was oko i dowalimy podatków. „Deregulacja?” Pozwalamy robić to wam, bo was lubimy, a wam nie. „Wolny handel” to tysiącstronnicowe porozumienia o tym, co wolno, a czego nie. Ostatnio na jednym wykładzie dowiedziałem się, że np. skupy zboża albo cła są „instrumentami rynkowymi,” a dopłaty to już nie.

To nie sekret, że nazwa „liberalizm” została skradziona w USA i Wielkiej Brytanii przez socjaldemokratów. Ale problem jest znacznie głębszy, niż się niektórym wydaje. Korporacjonizm efektywnie zmonopolizował wszelki dyskurs polityczny poprzez słowną asymilację. Niezależnie, co się powie – socjalizm, kapitalizm, nacjonalizacja, prywatyzacja, wolny handel, protekcjonizm – to wszystko znaczy to samo, tylko z innym zabarwieniem. Jak powiedział Wittgenstein: „O czym nie można powiedzieć, musi zostać przemilczane.” Monopol mainstreamu na język powoduje, że o czymś musimy milczeć – że żeby wytłumaczyć komuś, o co nam chodzi, musimy mówić długo i kwieciście, co w erze deficytu uwagi z góry stawia nas na straconej pozycji.

Powstaje jedynie pytanie: co z tym zrobić? Odrzucić język mainstreamu i skazać się na margines? Czy dać się zaszufladkować, efektywnie wybijając nam kły i skłócając z sojusznikami, którzy pozostają poza głównym nurtem (jak choćby anarchokolektywiści)? A może po raz kolejny nas oszukano i jest trzecia droga, o której nikt nie mówi?

Bezpośredni odnośnik 3 Komentarze

Libertariański blues

wtorek, 27 Listopad 2007 at 21:26 (Irak, Korporacje, Tortury)

Co czuje libertarianin?

Gniew. Libertarianin jest wkurzony – i to nie wkurzony a’la „dokopię ci skurwysynu” ale wkurzony poczuciem niesprawiedliwości. Torturuje się niewinnych ludzi, świat siedzi na tyłku. Zabija się niewinne dzieci w imię politycznych celów i się publicznie oznajmia brak jakiejkolwiek skruchy i wszystko jest takie samo. Elity po raz kolejny pokazały na oczach wszystkich, że jedyne co nimi kieruje to żądza władzy i nienawiść do nas wszystkich ale nikt nie podniesie ręki. Ludzie giną, umierają z głodu, czasem błagają o śmierć, bo nie mogą znieść życia w świecie, który kręci się bezwładnością krwi. Ale ludzi bardziej interesuje nocne życie Paris Hilton niż los innych ludzi. Bo los inych ludzi to niewygodna sprawa. A nowoczesny człowiek nie znosi niewygody.

Frustrację. Libertarianin jest dwudziestopierwszowieczną Kassandrą. Patrzymy na świat dookoła i widzimy jak płonie – nie dziś i nie jutro, ale pojutrze, kto wie? Ludzie wychodzą z psami, opijają się po imprezach, cieszą się swoim życiem, ale nigdy nie przystaną i nie pomyślą, czemu zawdzięczają ten spokój i jak kruchy on jest, jak kruche jest ich własne życie i jak łatwo mogą je utracić. Cisza, cisza przed burzą…

Bezsilność. Libertarianin jest jednym człowiekiem. Jednym pośród pieprzonych siedmiu miliardów. I siedem miliardów ludzi pędzi ku krawędzi klifów i tylko libertarianin stoi między nimi i zagładą. I niezależnie od tego, jak mocno napnie mięśnie, jak wiele siły woli zaangażuje, jak długo powtarza sobie „wytrwaj… wytrwaj…” ta fala wciąż prze naprzód i to coraz szybciej. I musi sobie wmawiać, że to jego wina, że nie stara się wystarczająco mocno, że jest zły, bo mógłby poświęcić o wiele więcej czasu, energii, pieniędzy, a nie robi prawie nic. Dobrowolnie wyniszcza sam siebie, bo wie, że alternatywą jest przyznać swą bezsilność i poddać się. A na to libertarianin sobie nigdy nie pozwoli.

Samotność. Libertarianin widzi rzeczy, których inni nie widzą. Jest rozdarty między dwoma obrazami – obrazem gruzów, walających się ciał i ziemi szkarłatnej krwią oraz obrazem świata, w którym ludzie patrzą na siebie nawzajem i widzą swe odbicie, nie wroga, którego trzeba zniszczyć. Wie, że dziś świat zmierza ku tej pierwszej wizji, a ta druga jest jedyną, która ten świat może przed pierwszą uratować. Ale nikt tego nie widzi w taki sposób. To, co dla libertarianina jest eschatoniczną ideomachią, ostateczną walką między dobrem a złem, przeciętny człowiek postrzega jako gierkę, ekscytujący cyrk, w którym obstawia się zwycięzców i dyskutuje nad wynikiem. Grają sobie na harfach a Rzym płonie! Do cholery, on PŁONIE! Dlaczego chociaż nie spojrzycie w tę stronę, dlaczego chociaż nie spróbujecie posłuchać wiatru…

Dlaczego tak lubicie się śmiać, gdy się odzywa? Gdy mówi Wam o tym, jak bardzo wszyscy potrzebujemy, teraz, zaraz, popatrzeć w swoje serce i znaleźć tam odrobinę zrozumienia. Dlaczego odwracacie wzrok, gdy Was błaga o wzgląd? Snuje on, prawda, smutne opowieści, ale nie poznamy przecież radości, jeśli nie zmierzymy się ze smutkiem. Dlaczego nazywacie go utopistą, gdy mówi o tym, że wszyscy ludzie są równi i zasługują na taki sam szacunek? Czy nie tego nas uczyli nasi rodzice gdy byliśmy mali? Czy nie taka jest odwieczna mądrość, którą wszyscy powtarzają, choć nikt jej nie stosuje?

Proszę. To pali od wewnątrz. Popatrzcie w nasze oczy, jak zwęglone są od strachu. Popatrzcie na nasze usta, drżą z przerażenia. Jedyne, czego potrzebujemy, to zrozumienie. I potwierdzenie, że nie tylko nam zależy, że nie tylko my kochamy tę przeklętą kupę kamienia i przeklętą ludzkość, jaka na niej żyje. Że nie tylko my tak bardzo, tak strasznie chcemy, by ten koszmar się skończył.

Bo nie tylko my tego chcemy… Prawda?

Bezpośredni odnośnik 5 Komentarzy

Jakie Elity?

poniedziałek, 19 Listopad 2007 at 22:40 (Historia)

Tak sobie myślę:
mamy sobie świat, w którym jak nigdy indziej i nigdzie indziej usystematyzowano przemoc, wyzysk i kulturową indoktrynację – i to na tyle sposobów, w tylu różnych pozornie niezwiązanych ze sobą sferach, że wszystko to wygląda jak wysoce efektywna maszyna do zabijania. Pytanie: czy taki świat mógł powstać przypadkowo, w rezultacie dość losowych procesów? Czy może powstał z czyjegoś celowego zamiaru?

Pierwsze spojrzenie wydaje mi się dość absurdalne – to tak, jakby zrzucać z helikoptera cegły i przypadkiem zbudować Kaplicę Sykstyńską. Ale to drugie spojrzenie z góry zalatuje teoriami spiskowymi, masonami i Illuminatami.

Coś pośrodku? Np. w poszczególnych okresach historii były pewne grupy, które dla własnej korzyści doprowadzały do pewnych kolejnych „reform” mających na celu dalsze ogłupienie i uciskanie szerokich mas ludzi – i tak kawałek po kawałku doszliśmy do tego, co mamy dziś. Brzmi nawet sensownie i realistycznie, ale wciąż nie wyjaśnia, dlaczego te reformy często służyły jednej i tej samej grupie interesów, że zawsze polegały na zwiększaniu roli Państwa i że wszystkie te reformy się wzajemnie wspierają, jakby było to z góry zaplanowane.

Np. jedno spojrzenie dostarcza Szkoła Publicznego Wyboru: w demokracji zawsze wygrywają specjalne interesy, a przegrywa cała reszta. Ale to wciąż nie wyjaśnia do końca np. tego, że wiele z tych „reform” są kwestiami nie politycznymi, a kulturowymi – nie da się przekupić kogoś, by „wprowadzić” jakąś zmianę kulturową, np. political correctness, liberalną historiografię (a’la Arthur Schlesinger) etc.

Niby jest szkolnictwo publiczne, oczywiste źródło propagandy. Ale przecież nikt nie będzie przekupywał urzędnika albo polityka, żeby ten doprowadził do tego, że za ileś lat *może* będziemy mieli, powiedzmy, poprawność polityczną, która doprowadzi do ostrzejszych podziałów między rasami i klasami i odwróci uwagę od gości przy władzy (vide Carson np. tutaj). Tego typu kulturalnych uwarunkowań jest o wiele za dużo, by powstały ot tak sobie, ani nie są skutkiem krótkowzrocznych ekonomicznych interesów, bo to jest bardzo długotrwała, bardzo nieprewna i bezkształtna inwestycja.

I jak tu nie wierzyć w istnienie Elit Władzy?

„The Yellow Jester does not play but gently pulls the strings
and smiles as the puppets dance, in the Court of the Crimson King…”

Bezpośredni odnośnik 2 Komentarze

BOŻE!

poniedziałek, 19 Listopad 2007 at 22:37 (Dyskryminacja, Polska)

Wybory minęły dawno temu, z mojego pubktu widzenia w ogóle ich nie było, starałem się jak najbardziej zejść im z drogi i je wyminąć, tak żeby najmniej się wkurwiać pierdoleniem różnych polityków i cool-gwiazd-showbiznesu-co-są-cool-i-w-ogóle o naszym „patriotycznym obowiązku” i „nie obchodzi mnie na kogo głosujesz, byleś głosował” (wielokrotne wyróżnienie za najbardziej debilne hasło od upadku komunizmu).

I wybory minęły.

I myślałem sobie, nareszcie mam spokój.

Ale NIE!

Nie, niedawno po raz kolejny musiałem wysłuchiwać kolejnej grafomańskiej mowy na temat „głosuj albo giń.” Wygląda na to, że ci wszyscy pierdoleni liberałowie, przekonani o swojej wyższości nad całym wszechświatem i zdeterminowani całemu wszechświatowi ją oznajmić, tak bardzo kochają koncepcję „jestem twoim panem i władcą, bo ja głosuję a ty nie,” że nawet po wyborach nie mogą się wyzbyć aury spoglądania na wszystko z góry.

Myślę, że syndrom „ja głosuję a ty nie” to jest taka choroba psychiczna – a przynajmniej jej obiawy są praktycznie identyczne do objawów innego zaburzenia, a mianowicie rasizmu.

Co ma głosowanie do rasizmu, pytacie?

Otóż oba zaburzenia mają podobną podstawę psychologiczną: każdy człowiek chce czuć się dowartościowany. Niestety niektórzy ludzie mają problemy z poczuciem własnej wartości – i mogę to zrozumieć, bo sam na to cierpię. Ale o ile ja próbuję się z tego wyleczyć starając się robić rzeczy, które uważam za wartościowe, wielu innych ludzi postanawia wziąć jakąś kompletnie absurdalną i nic nie znaczącą charakterystykę, jak głosowanie albo kolor skóry i czynią z tego godło na swój proporzec. Kolo pije, bije żonę, gwałci dzieci, ale głosował (lub: czystej krwi aryjczyk) to jest spoko facet.

Dlatego kiedy następnym razem usłyszycie, jak jakiś pieprzony liberał ze swoimi hasełkami i „społeczeństwem obywatelskim” i „zaangażowaniem w społeczność” (a co ma w ogóle KURWA JASNA MAĆ skakanie w cyrku do zaangażowania w społeczność), powiedzcie mu, że jest niezrównoważonym psychicznie rasistą. To ma dwa plusy: zadowolenie z wygarnięcia jaśnie oświeconemu trochę prawdy o nim i to, że nigdy więcej się do was (oby) nie odezwie.

Na zakończenie mojej wkurzonej nawijki prezenuję piękny (moim skromnym zdaniem) skrót moich poglądów na głosowanie zrobiony w GIMPie przed chwilą. Umieszczajcie proszę na swoich blogach i stronach wedle własnego mniemania:

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Ukryta rewolucja

piątek, 9 Listopad 2007 at 16:49 (Polska, Ron Paul)

Rewolucja Rona Paula nie wzięła się z nikąd. Jak to się dzieje, że tak wielu z jego zwolenników popiera nie tylko jego chwyty marketingowe (Irak, em, um… Irak?) ale także różne rzeczy, które w mediach wywołują ironiczne uśmieszki „ach, ten Ron Paul, znowu coś wymyślił” – zniesienie Fedu, IRS, legalizacja narkotyków, wycofanie Amerykańskich wojsk z wszędzia itd. itp. Ludzie się nie przekonują do tego typu poglądów ot tak sobie.

Mój wniosek jest taki: że przez tyle lat w Ameryce istniała sobie Nockowska resztka, która siedziała cicho, nie głosowała, ale czytała – o ekonomii, historii, socjologii i powoli i żmudnie przekonywała się do libertariańaskich pozycji.

Kim oni są? Nie mam pojęcia. Może jakieś resztki boomu libertariańskiego lat 60. i 70., jacyś starzy SDS-owcy, może technomłodziki z Generacji Y, farmerzy z Zachodniej Ameryki, którzy pamiętają jeszcze czasy Starej Prawicy, może po prostu jacyś ojcowie i matki w średnim wieku mieszkający na suburbiach, którzy z zapałem czytują po nocach klasykę Ekonomii Austriackiej.

Ci wszyscy ludzie by pewnie dawno powymierali, gdyby ktoś nie dawał im pewnego ideologicznego domu – różne Partie Konstytucyjne, John Birch Society, no i pewnie nikt inny jak LewRockwell.com i Instytut Misesa. Wypada pogratulować wszystkim tym instytucjom kultywującym resztki klasycznego liberalizmu w Ameryce – do czasu, gdy zaczyna się okazywać, że te resztki nie są takie małe, są wkurzone i gotowe kopać tyłki!

To daje ogromną nadzieję. Ile jest takich ludzi na całym świecie, wykształconych (co niekoniecznie znaczy wyedukowanych), energicznych, którzy jedynie czekają na odpowiedni moment, by wydobyć z piwnicy dubeltówkę i zacząć strzelać do poborców odatkowych?

Ilu jest takich ludzi w samej Polsce?

Bezpośredni odnośnik 4 Komentarze

jeah

czwartek, 8 Listopad 2007 at 21:27 (Inne, Lewica Libertariańska)

Jeremy Weiland wziął to, co napisałem tu i to, co napisałem tu i plus minus mój pogląd na temat głosowania i zrobił z tego jeden krótki artykuł, który ma te dwie dodatkowe cechy, że trzyma się w miarę tematu i wyjaśnia rzeczy dość dokłanie. Polecam!

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Publiczne przytulanie pokazuje „nieodpowiedzialność”

czwartek, 8 Listopad 2007 at 8:21 (Ameryka Północna, Biurokracja)

Szkoła pokarała 13-letnią dziewczynkę za przytulenie koleżanek na weekend na terenie szkoły. Według nadzorcy dystryktu szkolnego:

„Okazywanie czułości nie powinno mieć miejsca na terenie zakładu w jakimkolwiek czasie. To pokazuje zły smak, brak odpowiedzialności i przynosi wstyd szkole i osobom zaangażowanym.”

:wymiotuje:

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Klein nails it

środa, 7 Listopad 2007 at 12:20 (Korporacje, Libertariańska Lewica)

Friedman framed his movement as an attempt to free the market from the state, but the real-world track record of what happens when his purist vision is realized is rather different. In every country where Chicago School policies have been applied over the past three decades, what has emerged is a powerful ruling alliance between a few very large corporations and a class of mostly wealthy politicians–with hazy and ever-shifting lines between the two groups. In Russia, the billionaire private players in the alliance are called „the oligarchs”; in China, „the princelings”; in Chile, „the piranhas”; in the U.S., the Bush-Cheney campaign „Pioneers.” Far from freeing the market from the state, these political and corporate elites have simply merged, trading favors to secure the right to appropriate precious resources previously held in the public domain–from Russia’s oil fields, to China’s collective lands, to the no-bid reconstruction contracts for work in Iraq.

A more accurage term for a system that erases the boundaries between Big Government and Big Business is not liberal, conservative or capitalist but corporatist. Its main characteristics are huge transfers of public wealth to private hands, often accompanied by exploding debt, an ever-widening chasm between the dazzling rich and the disposable poor and an aggressive nationalism that justifies bottomless spending on security. For those inside the bubble of extreme wealth created by such an arrangement, there can be no more profitable way to organize a society. But because of the obvious drawbacks for the vast majority of the population left outside the bubble, other features of the corporatist state tend to include aggressive surveillance (once again, with government and large corporations trading favors and contracts), mass incarceration, shrinking civil liberties and often, though not always, torture. [p. 15]

It’s clear that Chile was never the laboratory of „pure” free markets that is cheerleaders claimed. Instead, it was a country where a small elite leapt from wealthy to super-rich in extremely short order–a highly profitable formula bankrolled by debt and heavily subsidized (then bailed out) with public funds. When the hype and salesmanship behind the miracle are stripped away, Chile under Pinochet and the Chicago Boys was not a capitalist state featuring a liberated market but a corporatist one. Corporatism, or „corporativism,” originally referred to Mussolini’s model of a police state run as an alliance of the three major power sources in society–government, businesses and trade unions–all collaborating to guarantee order in the name of nationalism. What Chile pioneered under Pinochet was an evolution of corporatism: a mutually supporting alliance between a police state and large corporations, joining forces to wage all-out war on the third power sector–the workers–thereby drastically increasing the alliance’s share of the national wealth….

…[P]erhaps shock treatment was never really about jolting the economy into health. Perhaps it was meant to do exactly what it did–hoover wealth up to the top and shock much of the middle class out of existence. [p. 86]

…[China] is a mirror of the corporatist state first pioneered in Chile under Pinochet: a revolving door between corporate and political elites who combine their power to eliminate workers as an organized political force. [p. 190]

Z Naomi Klein: The Shock Doctrine
Za: Carson, http://mutualist.blogspot.com/2007/11/naomi-klein-shock-doctrine.html

Bezpośredni odnośnik 3 Komentarze

Czapki z głów Panie i Panowie,

wtorek, 6 Listopad 2007 at 23:03 (Ron Paul)

bo zwolennicy Rona Paula dokonali niemożliwego: wzięli i w jeden dzień zebrali ni mniej, a trochę więcej nawet, jak 4 miliony baksów! Woohoo!
Teraz RP ma już ładne $7,4m zebrane.
Niesamowite.

To są wszystko, rzecz jasna, pieniądze trochę zmarnowane, bo nieprzeznaczone przez tych ludzi na wspieranie siebie, swoich społeczności i rodzin, ale to w końcu nie wina Paula.

Bezpośredni odnośnik 5 Komentarzy

PiS – najlepszy rząd III RP? I schodzenie z tematu raz jeszcze.

Niedziela, 21 Październik 2007 at 13:00 (Polska)

Tak, tak, jestem dziś w nastroju na obronę absurdalnych tez. Tyle że ta nie jest taka absurdalna wcale. No bo tak:

  • pod względem polityki gospodarczej w praktyce PiS=PO=LiD. Niby się obrzucają błotem, że liberały albo socjalisty i takie tam, ale de facto różnice są minimalne
  • pod względem polityki zagranicznej PiS zniechęcił do nas różne kraje europejskie – co dla każdego antyeuropejczyka tudzież antyglobalisty jest dobrą wiadomością
  • w polityce społecznej niby PiS to konserwy, ale taki LiD na przykład jeśli by cokolwiek zmieniał to tylko w retoryce. Jakoś nie pamiętam, by SLD specjalnie legalizowało małżeństwa homoseksualne albo narkotyki albo coś. Może by nam mundurków nie zafundowali, ale w sumie też się stroją na bogobojnych, więc nigdy nic nie wiadomo
  • CBA itd. to jeden obszar, w jakim przyznam, że ine partie są pod tym względem lepsze – ale nie zdziwiłbym się, gdyby platformersi, gdy wygrają, zachowali całą zbudowaną przez PiS strukturę i ją jedynie przejęli – chyba nawet czytałem gdzieś, że tak zrobią
  • PiS wprowadził wielkie zamieszanie w Polskim życiu politycznym i w środowiskach elit. Widać to choćby po całej antypisowskiej histerii w mediach. Bo, czy przeciwnicy PiSu chcą tego, czy nie – „układ” istnieje. „Układy” są fundamentalną cechą demokracji przedstawicielskiej. Wystarczy poczytać trochę historii. Oczywiście to, że istnieje „układ,” wcale nie oznacza, że po kilku ładnych latach rządów PiSu ten nie wprowadziłby własnego układu. Jakoś nie wierzę, że PiS jest takim sobie grassroots ruchem zmartwionych obywateli. PiS, jako partia zdobywająca parędziesiąt procent poparcia w sondażach musi mieć swoich „sponsorów.” Ale dla zdrowia społeczeństwa lepiej chyba, jak są dwa (trzy) układy, nawzajem się wyżerające, niż jeden. Bo to oznacza więcej korupcji, więcej kompromitacji, mniejszą stabilność polityczną i generalny kryzys demokracji i wiary w państwo – który dla nas anarchistów jest jak manna z nieba. Co prowadzi do kolejnego punktu:
  • PiS jest największym „napędzaczem” poparcia dla liberałów. To nas oczywiście nie urządza specjalnie. Ale lepiej liberałowie niż konserwy – łatwiej ich przekonać z naszego punktu widzenia. No i to, co mówiłem wcześniej – choć obecnie elity wykorzystały cały kryzys, by popędzić ludzi do wyborów i głosować na z góry namaszczonych – jest w całym zamieszaniu dla nas ogromny potencjał rekrutacyjny.

Jedyne, czego się obawiam, to że układ PiSowski został zintegrowany do układu ogólnego – tzn. umówili się wszyscy, że podzielą między sobą koryto, a w zamian PiS nie będzie im bruźdić za bardzo. Co zdaje się być coraz bardziej prawdopodobne, patrząc na nowy ton dyskusji – głosuj na byle kogo, ale głosuj.

Nadchodzące kilka lat może być ogromną dla nas szansą, szczególnie jeśli wśród rządzących znajdzie się PiS. Bo kiedy ruch libertariański i ruchy radykalne zaczęły zdobywać popularność w USA? Wietnam (nasz odpowiednik: Irak, tarcza), inflacja (nadchodząca wielkimi krokami, kiedy gospodarka USA się załamie), Watergate (nam akurat (…)gateów nie brakuje), bardziej liberalna kultura społeczna (o czym już mówiłem).
Jest oczywiście parę problemów. Nie ma kultury dzieci-kwiatów, idealizmu, radykalizmu (a wręcz przeciwnie, dziś Polacy stroją się na „pragmantyków” raczej i krzywo patrzą na radykalizm – ale to się akurat zmienia); nie ma szerokiego ruchu antywojennego; nie ma szerokiego nurtu radykalnej lewicy a’la SDS (która wbrew pozorom jest bardzo przydatna, po jakimś czasie ludzie jednak zwykle się budzą z nierealności rozmaitych trockizmów i wtedy mają pod nosem libertariańsko-anarchistyczną alternatywę, bliską sercu, a ugruntowaną w rzeczywistości – chyba że ew. brną dalej w absurd i stają się neoconami jak rozmaici Blaire i Radoshowie).

Musimy dobrze przemyśleć, co zrobić z tym fantem. Jeśli mamy na celu boom libertariański, musimy przeanalizować to, jak ten boom przebiegał w innych krajach i na podstawie tego skonstruować spójną koncepcję dalszych działań. Warunki raczej nam sprzyjają. Teraz od nas zależy, czy wykorzystamy szansę.

Bezpośredni odnośnik 4 Komentarze

Jeszcze jeden test…

sobota, 20 Październik 2007 at 15:03 (Inne)

http://mojapolityka.pl/testpolityczny.php

Tradycjonalizm: -44%
Wolność gospodarcza: 100%
Wolności obywatelskie: 91%

Doktryna najlepiej opisująca Twoje poglądy to: Anarchokapitalizm (nurt libertarianizmu)

Beznadzieja! Tylko 91% wolności obywatelskich? Tylko 44% antytradycjonalizmu? Normalnie jakiś faszysta się ze mnie robi ;)

Bezpośredni odnośnik 7 Komentarzy

Parę nowości

piątek, 19 Październik 2007 at 20:59 (Ameryka Północna, Policja, Ron Paul)

Na pierwszy ogień idzie gościu, którego aresztowano za to, że — stał na chodniku!
Jeah!
Przywalono mu „nieporządnym zachowaniem”
Teraz toczy się wielka debata legalna, czy policja służnie go wsadziła czy nie.
I kid You not.

William Grigg donosi o mniej optymistycznych wydarzeniach zza oceanu. Trzy historyjki:
Pierwsza o policjantach, którzy bezprawnie wtargnęli do domu pewnej rodziny i rzucili panią domu o podłogę, a gdy mąż rzucił się na pomoc, pobili go latarką. Policjantów zawieszono w obowiązkach, ale nic poza tym.
Druga o policjantach, którzy prawie przejechali przechodniów, na co jeden z nich rzucił pod ich adresem parę niemiłych (i w pełni zasłużonych) słow. Wtedy policjanci zatrzymali się, wysiedli, złapali go i aczęli go aresztować. Gdy stojąca nieopodal obserwatorka zakwestionowała boski autorytet policjantów, ci rzucili nią o ziemię i też zaaresztowali. Przełożony policjantów, gdy dowiedział się o całym zdarzeniu, poparł (tak – poparł) ich działania. Pan rzucający mięsem dostał „publiczne przeklinanie w stanie nietrzeźwym” ($250), odważna obserwatiorka dostała „zakłócanie działania wymiaru sprawiedliwości” za $2500 i rok w więzieniu (!!!).
Trzecia, nieco lżejsza sprawa, którą William Grigg zapożyczył od Radleya Balko, dotyczy sprawy, gdy pewien obywatel nakrzyczał na psa, by ten się zamknął. Został aresztowany za „wyzywanie oficera policyjnego.”

Ja po prostu nie mogę, jak można dopuszczać do takich absurdów, takiej niesprawiedliwości? Grigg podsumowuje: „Let’s put ‚riot’ back in patriotism.” Bardzo trafne zalecenie.

Ale tak żeby zakończyć na bardziej optymistycznej nucie, obejrzyjcie sobie filmik ze spotkania zwolenników Rona Paula w stanie Nowy Jork. Szczególnie warto obejrzeć drugą częśc, gdy różni ludzie z tłumu podchodzą do mikrofonu i mówią, dlaczego chcą głosować na Rona. Wzruszające.
Choć nie lubię pomysłu głosowania i w tych wyborach NIE zagłosuję (i w następnych pewnie też nie :p), na Paula bym zagłosował. I roznosił ulotki. I w ogóle. To, co się dzieje – Paulowska rEVOLucja – jest po prostu czymś zbyt pięknym, żeby stać z boku.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Wojenna Nagroda Nobla

Niedziela, 14 Październik 2007 at 16:46 (Inne, Świat)

Counterpunch trafnie opisał danie nagrody Nobla Gore’owi.

Generalnie to jest kolejny akt wielkiej farsy, jaką jest Pokojowa Nagroda Nobla, która powinna się raczej nazywać Nagrodą Ulubionego Globalisty Elit Świata – z wyjątkami, rzecz jasna. Ale popatrzmy na niektórych z wielkich Pokojowców:

  • Theodore Roosevelt – czy jest osoba, która bardziej uosabia imperializm?
  • Elihu Root – założyciel znanego nam skądinąd Council of Foreign Relations między innymi
  • Woodrow Wilson – wybaczcie, jeśli pójdę na zapleczę i umrę ze śmiechu
  • Henry Kissinger – no tak, ten lewak i hippis Kissinger; nic tylko pokój i pokój
  • Menachem Begin – TAK!
  • Michaił Gorbaczew – dyktatorzy sowieccy też mają uczucia…
  • Yaser Arafat – co prawda nie taki diabeł straszny jak go malują w zachodnich mediach, ale tak czy owak nie zasłużył raczej na cokolwiek z „Pokojem” w nazwie

I to tylko wymieniłem tych, o których coś niecoś wiem. Oczywiście jest wśród ludzi, którzy otrzymali Nagrodę Nobla sporo takich, którzy rzeczywiście na to zasłużyli. Ale lepiej, jak widać na załączonym obrazku, traktować ją z dużym dystansem.

Bezpośredni odnośnik 4 Komentarze

Ron the Revolutionary vs Redstate Redcoats

Niedziela, 14 Październik 2007 at 11:59 (Ron Paul)

Dla tych, co nie podążają – Ron Paul wybuchł w twarz tzw. „wyższemu piętru” kandydatów.

W debatach najpierw pokłócił się z Huckabee’em o wojnę i mu tak nawrzucał, że ten się nie pozbierał, a teraz niedawno miał okazję nawrzucać Romneyowi, gdy ten stwierdził, że jak będzie chciał wypowiedzieć wojnę to pójdzie z tym nie do Kongrresu, ale do swoich prawników.

Ogólnie wygląda to tak: u Demokratów Hillary już wygrała. U Republikanów Giuliani siedzi i kwiczy, bo prawica religijna na niego nie zagłosuje, bo popiera on aborcję i jest rozwodnikiem, a poza tym wobec Hillary jest z góry przegrany, bo straci swój własny stan (Nowy Jork), a dla Republikan najważniejsze jest pokonać Hillary. Thompson urodził się martwy. Może jeszcze wykrzesze trochę entuzjazmu dla siebie, ale raczej niezbyt dużo – choć jest on chyba najmniej złym z głównych kandydatów. McCain już dawno przegrał. Pozostaje jeszcze Romney. Romney ma chyba największe szanse, ale po pierwsze ma trochę problemów z kasą, bo choć zebrał dużo w tym kwartale, większość pochodziła z jego prywatnego budżetu; po drugie, jest Mormonem, a to jest bardzo duży bagaż w USA; po trzecie jeśli nadal będzie zasuwał takimi tekstami jak ten z prawnikami, to czarno (biało?) to widzę.
Media próbują wepchnąć tam gdzieś jeszcze Huckabee – ale naprawdę, ludzie…

Natomiast Paul:
– ciągle rośnie wszędzie gdzie się da
– wszędzie gdzie występuje zbierają się tłumy niespotykane u innych kandydatów (rzędu 2,5 tys. ludzi)
– wygrywa rozmaite sondaże, nawet tam, gdzie nikt się tego nie spodziewa (oczywiście w sondażach „naukowych” ma jeszcze koło 4-5%)
– zebrał w 3. kwartale ponad $5mln, z czego ponad $1mln w tydzień. To 5 razy więcej niż Huckabee i mniej więcej tyle samo, co McCain – z tym że McCain ma jeszcze długi do spłacenia. Był jednym z niewielu kandydatów, u których wpływy do budżetu wzrosły (w trzecim kwartale zwykle spadają)
– kampania Paula postawiła sobie za cel $12mln w czwartm kwartale (więcej niż Giluliani w trzecim). Ryzykowne, ale gdyby to się udało, Paul dostałby ogromnego kopa
– w wywiadach i w publicystyce reporterzy zaczęli go traktować z szacunkiem (a to jest bardzo ważne)
– większość kandydatów z Demokratów oświadczyła, że wycofają wojska z Iraku, ale nie przed 2013. BOOM! Wielki kop w górę dla Rona

No zresztą jak mamy takie wystąpienia i tłumy, taki entuzjazm to po prostu serce rośnie.

Paul w ostatnij debacie:
http://www.youtube.com/watch?v=oMfLo0fuQq0
Heroic!

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

« Previous page · Next page »